„Zawsze powtarzam, że dzieci z trudnych rodzin szukają skomplikowanych rozwiązań, ciekawych a nawet ekstremalnych życiowych ścieżek. Stąd właśnie moje intensywne życie górskie”.

Marcin „Yeti” Tomaszewski to czołowy alpinista i wspinacz wielkościanowy świata – rodzaj wspinaczki charakteryzujący się zmaganiem z ponad tysiącmetrowymi urwiskami skalnymi wymagającymi wielodniowego (2-23 dni) przebywania w ścianie. Wielokrotnie nagradzany za wybitne osiągnięcia, sportowo – wyczynowo wspina się od 25 lat. Członek Kadry Narodowej Polski w Alpinizmie wysokogórskim, instruktor wspinania, autor tekstów o tematyce górskiej, prelegent, znakomity alpinista, który czynnie propaguje wspinaczkę. Jako dziecko miał lęk wysokości, którego bardzo chciał się pozbyć. Wykorzystał do tego wspinanie, które będąc jego wielką miłością, pomogło pokonać niejedną słabość.

Wytyczył nowe drogi na trzech najtrudniejszych „big wallowych” ścianach świata, na Great Trango Tower, Trollveggen Troll Wall oraz na Polar Sun Spire. Znakomici wspinacze zdobywają jedną lub dwie z tych ścian, a on wraz z Markiem „Reganem” Raganowiczem są jedynymi wspinaczami na świecie, którzy zdobyli wszystkie trzy. Trudno ten wyczyn porównać do dokonań w innych dyscyplinach sportowych, ale jest to poziom „top of the top”. Wspinał się w Alpach, Himalajach, Ziemi Baffina, Grenlandii, Alasce.

Ten wywiad nie jest głosem środowiska alpinistów. To efekt szczerej rozmowy z człowiekiem, który od wczesnych lat swojego dzieciństwa przeszedł długą i trudną drogę, aby znaleźć się w miejscu, które stworzył. Z drugiej jednak strony daje to Marcinowi potężny bagaż doświadczeń, przeżyć i drogowskazów, którymi zgodził się podzielić, byśmy mogli czerpać z tego bogactwa, brać, co wartościowe i umacniać się w drodze do realizacji własnych marzeń. Zapraszam Cię do niezwykle wartościowej lektury słów niosących głęboką treść i niewypowiedzianą wartość. Niech każdemu z osobna będą pomocnym narzędziem.

M.P. Proszę, aby dokończył Pan następujące zdanie: Kiedy jestem w górach, na ścianie to…

Marcin Tomaszewski (MT): To czuję niewypowiedzianą wolność oraz samego siebie w 100%. Ściana, która jest nade mną, jest dla mnie wyzwaniem, które mnie zawsze pochłania i pasjonuje. Nie skupiam się na adrenalinie i trudnościach sportowych, tylko na odczuciach, które mi towarzyszą w danej chwili. To uwalnia radość wspinania.

M.P. Co w alpinizmie znaczy wytyczyć nową drogę?

Oznacza to odnalezienie dziewiczego odcinka ściany, po którym nikt przed nami się jeszcze nie wspinał i podążanie na szczyt po formacji skalnej nową linią niewidzialnej jeszcze drogi. Tak właśnie powstaje nowa droga. Można powiedzieć, że jest to pewna forma twórczości podobnej do tworzenia dzieła malarskiego czy muzycznego. Takie drogi są przez wspinaczy kolekcjonowane i stanowią niezapomniane wspomnienia. Można to porównać do zdobywania kolejnych, wielkich trofeów sportowych.

M.P. A co to oznacza dla Pana wytyczanie nowych dróg w życiu prywatnym?

Jest to istotne, abyśmy idąc przez życie pozostawali otwarci na nowe drogi. Z drugiej strony ważne jest także to, by żyć w oparciu o jakiś stały szkielet, który będzie dawał nam poczucie bezpieczeństwa, oparcia. Na początku swojego wspinania stworzyłem pewien schemat swojego życia, który pozwala mi się rozwijać. Wszystko, co w życiu robię ma mocne związki z alpinizmem, tak moja firma, która zajmuje się pracami na wysokościach, organizowanie imprez oraz zawodów alpinistycznych, bycie instruktorem alpinizmu, czy też prowadzenie licznych odczytów i wykładów. Wszystko wraca do gór i jakby z nich wychodzi, z tego rdzenia, który stworzyłem. I to stałe oparcie pozwala mi rozwijać się w konkretnym kierunku, natomiast zbyt częste życiowe zwroty i brak dobrego planu na życie mogą uniemożliwić osiągnięcie wartościowych celów.

M.P. W życiu, jeśli czegoś nie planujemy, to planujemy niepowodzenie. Przygotowania do wypraw to jest, co?… planowanie, planowanie i jeszcze raz planowanie?

Przygotowania do wypraw to bardzo skomplikowany proces, złożony z wielu elementów. Musimy zadbać o najlepszą możliwą dokumentację topograficzną gór, logistykę, sprzęt, który musi być najwyższej jakości, ponieważ zabezpiecza nasze życie, odpowiednią żywność, leki, technologię, by mieć kontakt ze światem, szczególnie na wypadek zagrożeń. O wszystkim trzeba myśleć z odpowiednim wyprzedzeniem. Sprawdzanie prognoz pogody oraz najlepszy z możliwych planów wejścia na ścianę, jej zdobycia. To doświadczenie i umiejętność przewidywania wszystkiego, co może nam stanąć na drodze jest nieocenione. Tak jak w życiu prywatnym, gdzie, trzeba dbać o każdy obszar, bo wszystko układa się w jedną całość, tak i w górach trzeba zrobić, co tylko możliwe, by stworzyć sobie optymalne warunki do wspinania, by umysł mógł się na tym skupić w 100%. Niezmiernie pomocna jest tu technika wizualizacji realizacji projektu w najdrobniejszych szczegółach. Jest to znakomite narzędzie, pozwalające uniknąć błędów, które czasami mogą decydować o sukcesie wyprawy. Tą samą technikę stosuję w innych sferach życia.

M.P. Ile czasu trwa przygotowanie wyprawy?

Nawet kilka lat.

M.P. Czy podczas wspinania zawiązują się przyjaźnie?

Zdecydowanie tak. Wspólne wspinanie jest ku temu świetną okazją. Liny nie tylko łączą alpinistów fizycznie, ale także emocjonalnie i duchowo.

M.P. Ile razy otarł się o śmierć? Jak to jest? Czego to uczy?

Takich sytuacji zagrażających mojemu życiu było kilka. Na szczęście kończyły się tylko obrażeniami ciała, ale ryzyko było naprawdę duże. Te sytuacje nigdy nie są miłym wspomnieniem, ale bardzo mocno potrafią wpłynąć na konkretne życiowe wybory, rozwiązania czy hierarchię wartości.

M.P. Czy po tych wydarzeniach miał Pan myśli, aby wycofać się ze wspinania?

Nie miałem takich myśli, ale zrezygnowałem ze wspinaczki solowej. Podyktowane to też było większą dojrzałością i głębszym podejściem do gór.

M.P. Zmęczenie to dla Pana „chleb powszedni”. Podczas wypraw, wspinaczek, które trwają nawet 3 tygodnie zmęczenie jest stanem niemal permanentnym. Jak nauczył Pan swój organizm radzić sobie z tym stanem?

Rzeczywiście, zmęczenie fizyczne, ból, który bardzo często jest nieodłącznym elementem wypraw, niezwykle trudne warunki wspinania i dokuczliwa pogoda dają się nam we znaki. W końcu często jest to ponad dwa tygodnie bycia wpiętym w uprzęże na pionowej ścianie. Nigdy jednak nie mam myśli typu, co ja tutaj robię, po co mi to, jak stąd uciec. Przeciwnie, uruchamia się we mnie mechanizm, który szuka jak zaradzić danej sytuacji, co mogę zrobić, aby sobie poradzić, jakich narzędzi psychologicznych i innych użyć, by będąc w tych samych warunkach, „przeciągnąć linę na swoją stronę”. Zatem kluczem do panowania nad zmęczeniem jest dobre przygotowanie oraz kontrola własnego ciała i umysłu.


„Ujarzmienie własnego ego oraz umiejętność szybkiego rozwiązywania konfliktów to w górach, ale także życiowo, sprawa kluczowa”.

M.P. Jak ta nabyta odporność, umiejętność wytrzymywania większego bólu niż przeciętny człowiek, pomaga Panu w codziennym życiu, którego tempo także jest intensywne?

Często niestety przeszkadzają, ponieważ, jako zahartowany w bólu człowiek, jestem w stanie wytrzymać np. w relacjach z innymi ludźmi więcej niż przeciętna osoba. A dzieje się to kosztem konkretnego bólu. Góry nauczyły mnie cierpienia, ale w życiu osobistym trzeba umieć wyznaczyć sobie granicę akceptacji bólu, wiedzieć, gdzie ona przebiega i w odpowiednim momencie mądrze wybrać, co jest dla nas najlepsze, najwłaściwsze.

M.P. Jak często był Pan zmuszony przerwać wyprawę za względu na okoliczności, które zagrażały Pana bezpieczeństwu?

Myślę, że jest to częściej niż 50% moich wypraw. O niepowodzeniach mówi się znacznie mniej, a to one mnie ukształtowały najmocniej i uczyniły ze mnie silniejszego człowieka. W mojej książce pt. #Yeti40 tym górskim niepowodzeniom poświęcam cały jeden rozdział „Górskie porażki”. Postanowiłem o nich napisać, ponieważ to wielkie bogactwo, z którego trzeba umieć czerpać cenne życiowe lekcje, dać dojść do głosu własnej autokrytyce, która jest w stanie wskazać nam miejsca błędów, obszarów do poprawy, do pracy nad sobą przy kolejnych wyzwaniach. Porażki są dla mnie ogromną wartością. Nauczyłem się z nich korzystać.

M.P. Jakie kryteria Pan stosuje, aby stworzyć dobry zespół i dlaczego to takie ważne we wspinaniu i życiu osobistym?

Jeśli chodzi o wspinanie to dla mnie ważny jest wiek partnera wyprawy, ponieważ góry wymagają określonej dojrzałości, a ta potrzebuje czasu. Wspinanie wymaga specyficznego podejścia do gór, empatii oraz etyki górskiej. Alpiniści, którzy mają ją mocno rozwiniętą lepiej współpracują na poziomie emocji, a to, jakie odczuwamy emocje ma wielkie znaczenie podczas wypraw, ponieważ oszczędza cenną energie psychiczną i pozwala się całkowicie skupić na samym wspinaniu.

M.P. Jakie Pana zdaniem czynniki decydują o udanym bądź nieudanym życiu?

Są to wszystkie decyzje, jakie podejmujemy w życiu. Mają one swoje konsekwencje, dlatego we wszystkich sprawach związanych nie tylko ze wspinaniem, ale i naszym życiem osobistym musimy kierować się ostatecznym rachunkiem konsekwencji. Ma przecież ogromne znaczenie np. to, jakiego wybierzemy pracodawcę, towarzystwo, środowisko życia. Czy będą one dla nas bezpieczne, sprzyjające, dobre, czy też będą rujnowały nasze szczęście i spokój.


 

M.P. Skąd się wzięła Pana ksywka „Yeti”?

Ze względu na swoją chorobę do piątego roku życia spędzałem w szpitalach bardzo dużo czasu. W tamtym okresie rodzice mogli odwiedzać mnie raz na dwa tygodnie przez dwie godziny. To spowodowało u mnie głębokie poczucie odrzucenia i formę zamknięcia wewnętrznego, które znalazły swoje poważne odbicie w moim późniejszym życiu, także wspinaniu. Często, po prostu uciekając od towarzystwa, wychodziłem w góry, kiedy wszyscy z nich wracali, czyli wieczorem. Tak wytyczyłem wiele dróg, byłem znany z takiego uciekania od towarzystwa. Nie znaczy to, ze czułem się w jakikolwiek sposób od kogoś lepszy, po prostu nie umiałem znaleźć sobie miejsca wśród ludzi, unikałem ich. Ten wczesny „Yeti” był rzeczywiście dość „dziką” postacią, ale góry już nade mną pracowały, dokonała się we mnie przemiana i otworzyłem się na ludzi. Później poczułem także pragnienie podzielenia się z innymi swoją wiedzą, doświadczeniem i pasją z innymi młodymi ludźmi, którzy może nie mieli tyle szczęścia, co ja.

M.P. Czego się Pan boi?

Boję się choroby moich najbliższych oraz własnej śmierci, ale dlatego, że będzie przyczyną ich cierpienia z powodu tego, że mnie już nie ma. Chciałbym, aby nie musieli doświadczać tego bólu.

M.P. Jak Pan odbiera przyznawane nagrody i wyróżnienia, których jest tak wiele?

Odczuwam wtedy dużą satysfakcje, ponieważ jest to wyraz uznania środowiska, a więc ludzi znających się na rzeczy. Nie jest to dla mnie żadna forma rywalizacji typu „kto pierwszy”, ale wyraz szacunku od osób, które mnie obserwują. Z drugiej strony otrzymuję różne informacje, że mogę w ten sposób inspirować ludzi do choćby wyjazdu w góry, by je podziwiać, a może nawet, by je pokochać. To miłe uczucie, dla mnie to największa z nagród.

M.P. Co Pan czuje, kiedy myśli o swoich dotychczasowych dokonaniach?

To, co do tej pory zrobiłem, moje górskie sukcesy zrodziły się z kompleksów dzieciństwa, poczucia odrzucenia i innych trudnych dla mnie przeżyć. Do wspinania startowałem z naprawdę ciężkiego położenia, a moje osiągnięcia pozwoliły mi – w moich oczach – osiągnąć „poziom zero”, stan normalności. Zawsze powtarzam, że dzieci z trudnych rodzin szukają trudnych rozwiązań, ciekawych a nawet ekstremalnych życiowych ścieżek. Stąd właśnie moje intensywne życie górskie.


M.P. Kto jest dla Pana autorytetem?

Miałem w życiu kilka autorytetów górskich, ludzi, którzy dokonywali pięknych przejść w Himalajach, ale niestety ta ich renoma nie licowała z ich ogólnym wizerunkiem, nie przenosiła się na sfery z górami niezwiązane. To jest pewnego rodzaju trudność i zjawisko, że nasze autorytety w jednej dziedzinie, czy to sport czy biznes, przestają nimi być w innych obszarach życia. Brak tej spójności często prowadzi do utraty autorytetu.

M.P. Proszę powiedzieć, jakie cechy oraz zachowania najbardziej docenia Pan w sobie i innych ludziach?

W sobie cenię dobro. Wydaje mi się, że po prostu jestem dobrym człowiekiem. To podobnie, jak u dzieci, one zawsze mają w sobie ogromne pokłady dobra. Warto się tego od nich wciąż uczyć. Jeśli chodzi o innych ludzi to bardzo cenię w nich umiejętność współodczuwania, czyli empatii, to, że potrafią myśleć o innych oraz szczerze i prawdziwie okazywać uczucia.

M.P. My ludzie często mamy tak, że nasz rozsądek – racjonalny, sabotuje to, co mówi mu serce – czyli emocje? Za którym głosem Pan częściej podąża?

To się zmieniło na przestrzeni lat. Kiedyś słuchałem przede wszystkim uczuć, emocji
i podążałem za ich wskazówkami. Teraz, najpierw słucham emocji a następnie przepuszczam je przez filtr rozsądku i tak dochodzę do optymalnej decyzji w każdej sytuacji. To dobry, sprawdzony sposób, złoty środek pomiędzy własnymi potrzebami czy przyjemnością a dobrem najbliższych.

M.P. Czy czasami Pan w siebie wątpi, np. podczas wyprawy lub kiedy przemawia Pan do słuchaczy itd.?

Niepewność jest kwintesencją alpinizmu. Niepewność, którą ja odczuwam to nie jest brak wiary w siebie, ponieważ ja w siebie wierzę mocno, ale jest to raczej uczucie, które mobilizuje mnie do tego, aby się jeszcze mocniej o coś postarać, być czujnym, dobrze przygotowanym, bardziej obecnym w tu i teraz, aby błyskotliwie dokonywać analizy rzeczywistości i dzięki temu podejmować najlepsze dla mnie decyzje. Wykorzystuję ten stan emocji, aby się rozwijać
i w każdej sytuacji osiągać najlepsze rezultaty.

Marcin Tomaszewski – dłonie alpinisty po pracy
Marcin Tomaszewski – dłonie alpinisty po pracy

 

M. P. Jakie znaczenie ma dla Pana przygotowanie mentalne?

Dobre przygotowanie mentalne pozwala przetrwać naszej pasji oraz pomaga zachować dystans do niepowodzeń, które są wpisane w nasz los, także we wspinanie. Nastawienie na wynik, na osiągnięcia maksymalnej ilości szczytów, splendoru, tytułów prowadzi często do szybkiego wypalenia. Sztuką jest umieć wpleść nasze życiowe pasje w całokształt życia, w jego ogólny nurt. To daje przewagę, bardzo pomaga, znosi ogromny balast presji.

M.P. W czym znajduje Pan motywację? Co Pana napędza do kolejnych projektów i wyzwań?

Kieruje mną pewna forma nienasycenia, a mówiąc precyzyjniej pragnienie odkrywania oraz twórczości, np. jadę na Grenlandię, odkrywam góry i tworzę nową drogę. To są najważniejsze motywy moich działań.

M.P. Co warto poświęcić dla marzeń?

Na pewno pieniądze J Poza tym swój czas, który jest cenny i trzeba nim efektywnie zarządzać. Kiedy jednak o tym myślę, to uważam, że kiedy ludzie realizują swoje marzenia w gruncie rzeczy nie poświęcają się, ani niczego, ale się realizują i inwestują w swoje lepsze życie.

„Czasami w życiu warto jednych pożegnać, by trafić na kogoś, kto nas natchnie”.


M.P. Jakie dostrzega Pan różnice między sobą obecnie a sprzed kilkunastu lat?

Jestem inną osobą. Nauczyłem się zarządzać swoimi cechami, pracować nad słabościami – myślę dobrze mi to poszło i nadal idzie, a te, które są dobre wydobyć na wierzch i je w pełni wykorzystuję. Są to np. ciekawość świata, odwaga w kroczeniu do przodu i realizacji marzeń. One sprawiają, że mi się chce, że czuję ekscytację i mam energię do działania.

Marcin_Tomaszewski_Szczecin

M.P. Czy jest Pan człowiekiem szczęśliwym w obszarze zawodowym, prywatnie, w kontekście własnego rozwoju duchowego i mentalnego?

Tak, jestem człowiekiem szczęśliwym. Żyję, mając wewnętrzny spokój. Nie muszę „szaleć”, żeby być najlepszym alpinistą na świecie, zdobywać największe laury, widownię. Od kiedy zdałem sobie z tego sprawę, naprawdę jest mi lżej. To mnie zwalnia z jakiejkolwiek presji, podtrzymuje wciąż moją pasję do wspinania i pozwala być sobą, jedynym w swoim rodzaju, po prostu „Yetim”.

M.P. Bardzo Panu dziękuję za miłą, szczerą i owocną rozmowę.

Dziękuję również i pozdrawiam wszystkich czytających ten wywiad.