„Każdy z nas jest inżynierem własnego ciała i psychiki”,

mówi Adam Kszczot, który jest najbardziej utytułowanym średniodystansowcem w historii polskiej lekkoatletyki, wielokrotny mistrz Polski, multimedalista mistrzostw Europy i świata w biegach na dystansie 800m. Członek grupy sportowej Orlen, który zawsze z dumą reprezentuje Polskę na międzynarodowych arenach. Wyznacza sobie najwyższe cele i jeszcze przynajmniej kilka ma ich do zrealizowania.

W udzielonym wywiadzie mistrz bieżni opowiedział mi o pobudzaniu motywacji, pokonywaniu siebie, najważniejszych czynnikach, które pomagają osiągać sportowe sukcesy, o roli pasji w życiowych zmaganiach, o tym, jak utrzymać samodyscyplinę oraz gdzie i jak szukać nowych, ekscytujących wyzwań.

Zapraszam do wnikliwej lektury inspirującego wywiadu, w którym Adam ukazuje swoją mistrzowską mentalną dojrzałość i dzieli się nią, by każdy z nas mógł czerpać z jej bogactwa.


Marcin Płuciennik: Oczywiste jest to, że biegi to nie tylko Twoja praca oraz główne życiowe zajęcie, ale przede wszystkim ogromna pasja. Kiedy i jak ją odkryłeś?

Adam Kszczot: Przełomowym momentem były Mistrzostwa Europy juniorów w 2007 r.
w Hengelo, Holandia, gdzie z bardzo dobrym wynikiem 1:48,10 sek. zająłem 3 miejsce, zdobywając tym samym brązowy medal. Był to tym większy sukces, iż była to moja pierwsza międzynarodowa rywalizacja, a ja byłem w pierwszym roczniku kategorii junior. Do tamtych zawodów skupiałem się przede wszystkim na edukacji, jednak tamten sukces sprawił, iż pomyślałem, że mogę się w życiu zająć bieganiem na poważnie, zawodowo.

M.P. Jak ta pasja pomaga Ci w stawaniu się coraz lepszym sportowcem, a także człowiekiem?

Adam Kszczot: Muszę powiedzieć, że z jednej strony ta pasja ma na moje prywatne życie wpływ negatywny, ponieważ jest bardzo absorbująca, wymaga mnóstwa czasu zainwestowanego w trening, co powoduje separację od najbliższych, czasami stres i negatywne emocje, co niestety utrudnia życie osobiste. Z drugiej strony moja pasja jest niesamowitym źródłem energii, którą wykorzystuję do realizowania wszelkich postawionych sobie celów. Ta energia i zapał jest niezbędna, szczególnie dlatego, że zaczynam przygotowania do sezonu w październiku, a kończę sezon we wrześniu, z najważniejszymi zawodami, czyli mistrzostwami świata lub Europy, w sierpniu. Żar pasji podtrzymuje mnie w ciężkiej pracy, wykonywanej drobnymi krokami ze świadomością dążenia do najważniejszego celu, który póki co, jest daleko za horyzontem.

M.P. Są takie dni, kiedy samopoczucie nie jest najlepsze, człowiek jest słabszy mentalnie, ma gorsze emocje i wtedy o wiele trudniej wykonać założony plan dnia. Proszę powiedz, w jaki sposób podtrzymujesz samodyscyplinę w treningu?

Adam Kszczot: Moim kluczem do podtrzymywania samodyscypliny jest dokładne kontrolowanie mojego wewnętrznego „ja”, które próbuje osłabić mnie od wewnątrz. Nie pozwalam, aby jego głos pogłębiał moje gorsze samopoczucie mentalne. Każdy z nas ma takiego małego wewnętrznego człowieczka. W takich chwilach, po prostu zaciskam zęby, ubieram się i wychodzę na trening, gdzie małymi kroczkami realizuję jednostkę treningową. Ta taktyka rozkładania zadania na małe części jest bardzo skuteczna, ponieważ przybliża mnie do jakiegoś celu krótkoterminowego. Po tym małym nad sobą zwycięstwie zajmuję się czymś, co pozwala mi się zregenerować psychicznie.

M.P. Czy głód wygrywania i doskonalenia się jest w Tobie nieustannie, czy też czasami musisz go niejako „wywoływać, prowokować”, aby wzmocnił Twoją motywację, podrażnił ego i w ten sposób pchnął do cięższej pracy?

Adam Kszczot: Każdy sukces jest dla sportowca zarówno radością, jak i takim momentem, kiedy musi on zostać ze sobą sam na sam, aby zadać sobie ważne pytanie, „Co dalej”? Dopóki jesteś w stanie wyznaczać sobie kolejne cele, to oznacza, że ten głód wciąż w tobie jest i kolejny raz pomoże zaplanować następny sezon, ustawić hierarchię celów i je zrealizować. We mnie ten głód nadal jest i dlatego jestem w stanie wygrywać zawody i zdobywać medale. Chęć wygrywania napędza mnie do pracy.

„Jeśli zdołasz przekonać siebie samego do własnej hierarchii celów i wartości, to ostro idziesz naprzód, idziesz po swoje bez oglądania się przez ramię”.


M.P. Kiedy byłeś na tzw. sportowym dorobku, dopiero zaczynałeś wspinać się po drabinie sukcesów, wdzierałeś się na najważniejsze areny, pewnie napotykałeś na określone trudności.
Jak sobie radzisz z odrzuceniem, odwracaniem się do Ciebie plecami ludzi i instytucji?

Adam Kszczot: Ja na szczęście nie miałem w swoim życiu takich poważnych sytuacji, kiedy się na kimś tak zawiodłem, aby zachwiało to moimi dalszymi losami. Na pewno w takich chwilach należy się zastanowić czy owe zdarzenie miało rzeczywiście wielkie znaczenie. Dalej zrobić wszystko, aby jak najszybciej przywrócić należyty stan rzeczy, ponownie skupić się na celach, na najważniejszych zadaniach. To, na czym się skupiamy ma kluczowe znaczenie dla uzyskiwanych rezultatów, zatem chcąc cały czas iść naprzód, musisz walczyć o swoje priorytety.

M.P. Nie ma sukcesu z dnia na dzień. Czasami oczekujemy nagrody, wyniku już tu, zaraz po ciężko wykonanej pracy. I bywa tak, że brak tej cierpliwości u ludzi przeradza się w frustrację i odpuszczają walkę o swoje marzenia, ponieważ nie potrafią czekać. To częsty przypadek. Jak długo uczyłeś się cierpliwości w drodze na szczyty i czy obecnie masz problemy z jej brakiem?

Adam Kszczot: Oczywiście naturalne jest to, że kiedy wykonasz ciężką pracę to masz prawo oczekiwać konkretnych nagród, wyników. Jeśli nie udaje mi się zrealizować założonego celu, to działa to na mnie zawsze motywująco. Porażka natomiast motywuje mnie podwójnie, ponieważ ten ból mnie podrażnia, dotyka mojego ego, poczucia wartości. Zawsze wyciągam wnioski z porażki, biorę lekcję od życia i aplikuję ją w kolejnych działaniach, aby przyniosły zamierzony rezultat. Cierpliwości trzeba się uczyć, ona jest w sporcie i w życiu nieodzowna, ponieważ sukcesy buduje się latami.

M.P. Jakie cechy charakteru, które przydałyby się zarówno w życiu prywatnym, jak i sportowym, chciałbyś lepiej doszlifować?

Adam Kszczot: Chciałbym mieć większy dystans do pewnych spraw trywialnych, na analizowanie których, poświęcam czasami po prostu za dużo czasu i energii,
a nie mają one jakiegoś poważnego znaczenia w moim życiu. Drugą rzeczą, którą chciałbym poprawić to większa zdolność słuchania innych, jeśli oczywiście chcą dla mnie dobrze. Szukam wtedy rady u osób, które wiem, że mogą mi pomóc, ponieważ darzę ich zaufaniem, szacunkiem, znam ich kompetencje.

M.P. Jakie masz podejście do życia?

Adam Kszczot: Zawsze doszukuję się w życiu pozytywów. Obojętnie, co by się nie działo, jakkolwiek trudne byłyby okoliczności. To samo powtarzam innym osobom. Doceniaj to, co masz i to, co jest, ponieważ naprawdę może być gorzej, trudniej, bardziej pod górkę. To jest część mojej koncepcji na życie. To się sprawdza, daje znakomite efekty w życiu osobistym i sportowym.

Uważam także, że jest naszym obowiązkiem, aby korzystać z samego siebie, z pełnego potencjału własnych zasobów, talentów. Do tego musisz wykorzystywać to,
co podsuwa Ci świat, te okazje, możliwości, sytuacje. Te razem złożone elementy znacznie zwiększają szansę realizacji celów. W końcowym rozrachunku ma się to przerodzić w życiowe powodzenie.

M.P. Trening wyczynowego zawodnika w każdej dyscyplinie w sposób nieunikniony wiąże się z bólem fizycznym, który pojawia się tu i teraz – podczas wysiłku, nie da się go odroczyć. To oczywiste, że ciało poważnie odczuwa obciążenia treningu, startów i kontuzji. Masz wiele takich momentów podczas startów i treningu, kiedy trzeba „docisnąć” na finiszu, wytrzymać szaleńcze tempo rywalizacji, które odcina tlen, zakwasza mięśnie, sprawia, że robi się ciemno przed oczami. Jaki jest Twój sposób na poradzenie sobie z bólem w tych momentach?

Adam Kszczot: Niestety większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z poziomu bólu, jaki jest w organizmie ośmiusetmetrowca, który kończy bieg startowy lub wykonuje tzw. skrajny trening. Ten ból jest naprawdę potężny, przeszywający. W treningu staram się podwyższać granicę tolerancji bólu, co później pozwala mi osiągać jeszcze lepsze rezultaty. Ten ból jest równocześnie jednym z elementów mojej pracy, zawodowego biegania, więc zwyczajnie go akceptuję, jako taki.
Po prostu, zero stękania.

M.P. Motywacja to nie jest stan, który utrzymuje się cały czas na takim samym poziomie, ma wahania, słabnie, kiedy poziom emocji się obniża. Jakie są Twoje metody na podtrzymanie motywacji potrzebnej do wykonania koniecznych zadań i obowiązków?

Adam Kszczot: Rzeczywiście poziom motywacji czasami spada nieoczekiwanie, nawet wtedy, kiedy jest ona najbardziej potrzebna. Wtedy trzeba reagować bardzo szybko i tak poukładać elementy mentalnej układanki, aby motywacja ponownie szybko wskoczyła na najwyższy poziom. Ja robię to poprzez dotarcie
do najgłębszych powodów, dla których trenuję, walczę o wynik. Właśnie te powody, moje „dlaczego” pomagają mi pobudzić motywację, by stać się jeszcze lepszym lekkoatletą. Spadek motywacji pojawia się również, kiedy osiągasz jakiś cel. Wtedy koniecznie trzeba „wydłużyć szyję” i gdzieś dalej poszukać kolejnego ekscytującego, wartościowego wyzwania, które napędzi motywację. To powtarzalny proces.

„…zawsze wyznaczam sobie duże cele, tak, aby mobilizowały mnie do jak największego postępu, do maksymalnego rozwoju pod każdym względem…”


M.P. Świat zna wiele historii ludzi, którzy posiadali wielki, niespotykany, ponadprzeciętny talent w różnych dyscyplinach, ale go zmarnowali. Były ku temu różne powody. Co Twoim zdaniem jest ważniejsze niż talent w osiąganiu sukcesów sportowych?

Adam Kszczot: Na pierwszym miejscu postawiłbym umiejętność skupienia się, analizy
i powtarzania. Wypływa to z samej charakterystyki lekkoatletyki. Zdolność analizy treningu, wyciągnięcia z niego wniosków i zastosowanie ich w praktyce,
a następnie ich powtórzenie, buduje systematykę pracy. Ta ukształtowana systematyka bardzo pomaga w długim przygotowaniu się do realizacji zadań i celów.

Drugą istotną cechą jest umiejętność dialogu z samym sobą, taka „rozmowa z lustrem”.
W niej najważniejsze jest to, aby umieć zadać sobie te najtrudniejsze pytania i szczerze na nie odpowiedzieć. Umiejętność takiej rozmowy z sobą pozwala łatwiej pokonać własne przeszkody, demony, które chcę nas powstrzymać przed dokonaniem czegoś, co ma dla nas największe znaczenie. Jeśli zdołasz przekonać siebie samego do własnej hierarchii celów i wartości, to ostro idziesz naprzód, idziesz po swoje bez oglądania się przez ramię.

M.P. Dr. Henry Link powiedział, że „Strach wytwarzamy, kiedy siedzimy, a pokonujemy go poprzez działanie”. Jak pokonujesz swoje obawy i lęki w sporcie i w życiu prywatnym? Czego boi się multimedalista Adam Kszczot?

Adam Kszczot: Boi się siebie samego. Mówiąc dokładniej swojego największego przeciwnika, który jest we mnie. Każdy człowiek jest dla siebie zarówno najwspanialszym sprzymierzeńcem na drodze wzrastania i jednocześnie najpoważniejszym wrogiem. Kto nam tak pomoże jak nie my sami i kto nam tak nie przeszkodzi jak nie my sami? Te dwie przeciwważnie na szali naszego życiowego sukcesu, którymi możemy odpowiednio sterować, sprawiają, że albo przekonamy samych siebie, że jesteśmy w stanie odnieść wymarzony, życiowy sukces albo, że nie jesteśmy
w stanie tego zrobić. Sami musimy to sobie niejako „wmówić”, nakazać umysłowi w to uwierzyć. Każdy z nas jest inżynierem własnego ciała i psychiki. Bez tego nasze wysiłki spełzną na niczym, wywołają tylko frustrację i pretensje do świata.

M.P. Jak wyznaczasz sobie kolejne życiowe cele zarówno sportowe, jak i prywatne?

Adam Kszczot: Najważniejszy cel dnia to rano wstać z łóżka. A tak na poważnie to zawsze wyznaczam sobie duże cele, tak, aby mobilizowały mnie do jak największego postępu, do maksymalnego rozwoju pod każdym względem. Zależy mi na tym ogromnie, tym bardziej,
że kariera zawodowego sportowca trwa krótko i w czasie jej trwania chcę osiągnąć wszystko,
co mogę, chcę wykorzystać maksymalnie swój potencjał, ponieważ teraz jest właśnie ten czas,
te okazje.

M.P. Kto, poza oczywiście Twoim trenerem, którym jest Pan Zbigniew Król, tworzy Twój zespół
i jak ważna jest rola „teamu” w jednak indywidualnym rodzaju sportowej rywalizacji, jakim są biegi?

Adam Kszczot: Nie do pominięcia jest tu osoba mojego byłego już fizjoterapeuty Michała Robakowskiego, z którym jeździłem na wszystkie zgrupowania w latach 2012-2016. Znakomity fachowiec, a prywatnie mój przyjaciel, który także jest częścią mojego „teamu”. Spośród osób nie związanych bezpośrednio z lekkoatletyką
to jest to oczywiście moja żona, która mnie bardzo wspiera, moi rodzice, siostry, a także szwagier, z którym realizujemy czasami zwariowane projekty, odciągające mnie od sportu i dające wiele przyjemności.

Inną osobą, która ma dla mnie znaczenie w bieganiu jest Antoni Niemczak, sławny polski biegacz, którego regularnie odwiedzam w miejscowości Albuquerque,
w Nowym Meksyku, gdzie jeździmy na obozy przygotowawcze. Antoni zaraził mnie grą w golfa, co jest teraz dla mnie świetną odskocznią od pracy.
Te osoby spoza kręgu sportowego pomagają mi przekraczać moje własne granice i dokładają swoją małą cegiełkę do moich sukcesów.

M.P. Jakie porady mógłbyś przekazać innym zawodnikom uprawiającym biegi, będącym na wczesnym etapie swojej przygody z bieganiem, jeśli marzą o osiąganiu sukcesów?

Adam Kszczot: Najważniejsze to, mówiąc kolokwialnie, „zapieprzać”. Harować ciężko, ale zarazem inteligentnie. Przez inteligentną pracę, mam na myśli między innymi trening uzupełniający, ogólne dbanie o własny aparat ruchu, by mógł im służyć po pierwsze jak najdłużej, a po drugie jak najwydajniej wtedy, kiedy będą gotowi na robienie najlepszych rezultatów. Brak treningu uzupełniającego prowadzi często do kontuzji, które przerywają karierę biegaczy i tym samym uniemożliwiają pełen rozwój talentu.

M.P. Jakie znaczenie ma dla Cienie doping kibiców? Czy kiedy polskich kibiców jest na trybunach niewielu to biega Ci się trudniej?

Adam Kszczot: Przede wszystkim wspaniałe jest to, że lekkoatletyka ma swoich wiernych kibiców, którzy ją regularnie oglądają, czy to przed telewizorami czy na stadionach. To dla zawodników ważne i miłe. Szczególnie, kiedy widzę polskie flagi czy słyszę polski doping.
Kiedy natomiast jestem już na bieżni, staję na linii startu, to jestem całkowicie odcięty od bodźców zewnętrznych, totalnie skupiony na realizacji taktyki biegu, którą wcześniej przygotowałem. Całą swoją uwagę poświęcam samomotywacji, temu, aby optymalnie wykorzystać swoje doświadczenie oraz wielomiesięczne, ciężkie przygotowania po to, aby pobiec zaraz przez niespełna dwie minuty. Po biegu natomiast zawsze jestem do dyspozycji kibiców.

Marcin Płuciennik: Dziękuję bardzo za rozmowę.

Adam Kszczot: Dziękuję i pozdrawiam wszystkich.